Rzucałem kamieniami w gwiazdy
Całe niebo upadło.
Za dnia słońce witało mnie promieniami;
ogrzewało zmarznięte serce kruche, zdmuchnięte
sinymi ustami
I może samotnie mi było
I może śniło
Się lepiej bez księżyca
Lecz nie bez różanego twego lica
Przyfrunęłaś niczym Seraf
Sześć piór upadło z każdego skrzydła szarego
Nagą zobaczyć mi było ciebie łatwiej, nie teraz
Nieostrą, znajomą, daleką, wygiętą niczym
promienie pióropusza połamanego
Który niczym słońce przebija mą pierś
Lecz nie ciepłem, a lodem
Tamtego dnia Niebo nienawidzić mi przyszło
I każdy meteor i meteoryt przelatujący
I każdy blask nocy i cień światła
Bo wezwało cię z powrotem
w puch mgieł
Nocą cichą Słońcu przyszło mnie nienawidzić
Bo wziąłem do ręki
Głaz